Karma Yonten Gyamtso


Ocean Właściwości Buddy

Gnoza a Różo-Krzyż

Jest to swoiste Post Scriptum do konferencji "Pod Słońcem Gnozy", w której brałem udział jako swego rodzaju delegat A.M.O.R.C.

"Pod Słońcem Gnozy"

Konferencja na 80-lecie Jerzego Prokopiuka.

Gnoza a Różo-Krzyż, cz. 1: Konferencja "Pod Słońcem Gnozy".

Szczególną uwagę na konferencji "Pod Słońcem Gnozy" zwracałem na wszystkie relacje jakimi można połączyć Gnostycyzm i Różokrucjanizm. Oczywistość wystąpienia takich relacji nie budziła moich wątpliwości, ale osobiście nie czując się gnostykiem starałem się zrozumieć rodzaj i zależności pomiędzy tymi zjawiskami bez jakiegoś odseparowywania się, a jednocześnie starając się zachować w sobie to poczucie "niegnostyczności" Cykl artykułów, który właśnie zapoczątkowałem, jest swego rodzaju sprawozdaniem z tego, co dostrzegłem - również w samym sobie.

Najpierw może zacznę od wyjaśnienia mojej niechęci do utożsamiania się z Gnostycyzmem – jest to o tyle istotne, że stanowiła ona punkt wyjścia do przedstawionej przeze mnie analogii i – w szerszym ujęciu – pewnego modelu. Otóż po pierwsze - Gnozę, rozumianą jako pewien mechanizm poznania, oddzielam od Gnostycyzmu, czyli konkretnej postawy człowieka wobec blasku owej Gnozy. Gnoza rozumiana jako narzędzie, to pierwsza nić łącząca Różokrzyżowca z Gnostykiem. Obydwaj przyjmują niejako założenie, że istnieje Światło poznania, którego można doświadczyć. Światło to, niczym Słońce na nieboskłonie, wędruje po firmamencie ludzkiej świadomości ogrzewając swym blaskiem ludzkość w wymiarze duchowym. Jednak o ile osobę Różokrzyżowca postrzegam jako wygrzewającego się z lubością w blasku światła Gnozy, to Gnostyka widzę w mrocznej scenerii, jak w pełni napięcia czeka na jakikolwiek, najdrobniejszy nawet blask światłości. A przecież „nie wszystko złoto, co się świeci”...

Rozwijając poniżej swój alegoryczny obraz i wyjaśniając go nie pretenduję do tego, że jest w absolutnie słuszny. Eksplorując tę imaginację mnie samego jednak zaskakiwał możliwymi interpretacjami. Jeśli ktokolwiek uzna więc go za przydatny w jakiś sposób, to tym w pełni zaspokoi moje różokrzyżowe aspiracje. Jeśli natomiast tak się nie stanie, to niech mi wybaczone będzie marnowanie jego cennego czasu i niech potraktuje to jako chwilę rozrywki.

Imaginacja wschodu słońca

Ciemność przed wschodem

Jest jeszcze noc. W zależności od szerokości geograficznej pierwszy brzask dnia przyjdzie mniej lub bardziej gwałtownie: nagle, z pierwszym promieniem Słońca, lub też będzie skradał się przez długie godziny, a sam moment wschodu nie będzie się szczególnie wyróżniał spośród sąsiednich mu chwil.

Ale na razie jeszcze mrok otula Ziemię.

Brzask

Oto jest! Pierwszy promień wyłania się zza horyzontu, biegnie po nieboskłonie i jakby badając świat przebiega się po całej Ziemi. Jest oślepiający, ale jakby pełen radości. Nie sposób patrzeć wprost we wschodzące Słońce, ale to właśnie ten widok przynosi nam taką radość i podziwiamy go z zachwytem.

Wschód, wiosna, radość

Każdy poranek, każdy Wschód, niesie ze sobą zapowiedź radosnej wiosny: oto świat będzie teraz mógł się rozmnażać i rozwijać. Zakwitną pąki, zazielenią się drzewa, ptaki zaczną śpiewać. A wszystko dzięki Światłu.

Południe, lato, dojrzewanie

Światła z każdą godziną przybywa. Robi się wręcz gorąco. Słoneczny blask oślepia, jego temperatura wysusza. Świat dojrzewa. Teraz rośliny cierpliwie muszą chłonąć każdy jego promyk aby mogły wydać owoc.

Co słabsze organizmy niestety zginą wycieńczone intensywnością światła – dla nich jest go za dużo. Część istot aby przetrwać musi się wręcz ukryć przed nim. Wszyscy zostaną jednak przemienieni. Aby w pełni cieszyć się nim muszą to robić w sposób powolny i roztropny: cierpliwie, dzień za dniem, chwila za chwilą, przyzwyczają się do blasku Słońca i tylko tak pozwolą aby to Światło ich przemieniło. Nie muszą nic robić – a nawet wszelki wysiłek będzie tu mocno niewskazany. Wystarczy samo Światło. Staną się odporni i silni – ale dopiero, gdy dojrzeją, gdy przeczekają w ukryciu najtrudniejszy czas spiekoty.

Wieczór, jesień, plony

Słońce powoli, acz nieuchronnie chyli się ku zachodowi. Teraz jest wieczór, jesień dnia. Pora zebrać plony. Trzeba się spieszyć aby zdążyć przed Zachodem. Trzeba też zabezpieczyć się na długie godziny nocy...

Gnoza a Różo-Krzyż, cz. 2: Wschód Gnozy

Aby mój alegoryczny obraz był pełny trzeba nadmienić, że Światło to Energia, której Ziemia tak bardzo potrzebuje. (W zasadzie słoneczne światło, to jedyna energia, jaką Ziemia otrzymuje w sensownych, czyli możliwych do spożytkowania, ilościach.) Energia zaś to informacja – równoważność pomiędzy energią a informacją jako takimi nie jest może oczywista, ale w naszym obrazie wystarczy przyjąć, że jest to taka Informacja, jaka Ziemi jest potrzebna aby mogła wzrastać i rozwijać się. Informacja zaś to Wiedza – oto właśnie wstało Światło Gnozy.

Na powitanie Słońca wyszedł człowiek. Wie, że Słońce wstanie nieuchronnie, ale przecież bardzo długo czekał wśród ciemności na jego blask i ciepło. W zasadzie to tuż po północy zaczął się przygotowywać na tą chwilę,rozmyślając o wszystkich wspaniałościach, jakie dla niego przyniesie Słońce. Gnostyk zasadniczo nie lubi nocy i ciemności a teraz jest dla niego najgorszy czas, bo przed wschodem ciemność jest największa. Najpierw na wschodzie ujrzy Gwiazdę Poranną. Wenus. Lucyfera. Wie, że Niosący Światło nie świeci własnym blaskiem i to jedynie odbicie i zapowiedź tego całego splendoru, jaki przyjdzie z pierwszym promieniem Słońca, ale jakże jest piękne... Gotów jest paść na twarz przed tą namiastką i wielbić jego piękno...

Ale oto i pierwszy promień Słońca. Oczekujący o brzasku przeżywa najwyższe uniesienie – to jego chwila oświecenia: na nią czekał, teraz już zawsze będzie żył w blasku Słońca. Nigdy już nie zazna ciemności!

Religia Wschodu Słońca

Gnozę można nazwać religią Wschodu Słońca. Słoneczny blask wiedzy to wszystko, czego poszukuje gnostyk. Rozświetlić ciemności. Zobaczyć wszystko, co do tej pory było ukryte w mroku.

Gnostyk jest jak ewangeliczne panny, które oczekują oblubieńca. Nie mogą sobie pozwolić aby niespodziewane przybycie pierwszego promienia go zaskoczyło. Przecież ten, co uśnie (lub komu zabraknie oliwy w lampie) nie jest godzien (nazwać się Gnostykiem). Gnostyk wie, że światło przyjdzie i ta pewność wiary pozwala mu cieszyć się samym oczekiwaniem na pierwszy promień Słońca.

Ale Gnostyk gotów jest pójść za każdym, kto obieca spełnić jego pragnienie poznania. To on zachwyca się światłem odbitym w obliczu Wenus. To on wejdzie w największy mrok i ciemność jeśli będzie choćby najmniejsza szansa na ujrzenie Światłości.

Gnostyk wreszcie widzi świat bardzo dualistycznie – najpierw przecież żył w Ciemności a potem było Światło. Dostrzega ten kontrast i w całej rozciągłości rozumie, że Światło jest tak wspaniałe, bo przeciwstawna mu Ciemność jest taka “mroczna”. Ciemność jest więc dla niego również ważna. Bardzo ważna. Gdyby jej nie było nie rozpoznałby światła.

Rozczarowanie światłem

Gnostyk, choć szczerze oczekuje na Światło nawet dla samej radości ujrzenia go, to jednak równie często ma konkretne oczekiwania co do treści, jaką Światło ma mu przynieść.

Po pierwsze: chce wiedzieć wszystko o tajemnicach tego i innych światów. Uważa, że wiedza ta należy mu się, “jak psu kość”. Nikt nie ma również prawa zabraniać mu dostępu do tych wszystkich tajemnic, które z racji swego boskiego pochodzenia, powinien mieć dostęp.

Po drugie: musi się dowiedzieć, jak uciec z tego świata, gdzie jeszcze przed chwilą panowała ciemność. Ten świat dla niego zawsze będzie już pogrążony w mroku – będzie światem złym, stworzonym dla jego udręki.

Tymczasem Wiedza jaką otrzymuje Świat jest jaka jest. Jest wiedzą/energią konieczną do tego, aby go przekształcać, aby mógł rosnąć i dojrzewać. Gnostyk nie chce dojrzewać. On chce wrócić tam, skąd przybył.

Słońce wznosi się coraz wyżej i wyżej. Już pokazało się w całej pełni i Gnostyk rozumie, że nie dostał tego, czego oczekiwał. Jest rozczarowany. To niemożliwe, że Bóg stoi za światłem, bo Wiedza jaką przyniosło na Ziemię Słońce nie daje odpowiedzi na pytania jakie ma...

Jeśli nie Bóg, to kto? Demiurg!

Ucieczka ze świata

Gnostyk odkrywa przerażającą dla siebie prawdę, że Światło nie pomoże mu wrócić. Postanawia więc sam uciec. Z doświadczenia zna tylko jedną skuteczną drogę powrotu – śmierć. Dlatego stara się przejść tą drogę nawet w sposób symboliczny.

A jeśli nie będzie to droga powrotu? Wtedy może przecież umrzeć dosłownie – np. rzucić się ze skały niczym Katarzy.

Tu jednak musimy sprawiedliwie zauważyć, że postawa taka jest często również postawą Różokrzyżowca – to my uważamy się za spadkobierców Katarów, wierzymy w przemianę człowieka i powrót do boskiego źródła. Ale trzeba też zauważyć, że z historycznego punktu widzenia jest to okres przejścia pomiędzy klasycznym Gnostycyzmem a Różokrucjanizmem. Następuje jakaś przemiana. Słońce na razie wznosi się ku punktowi kulminacyjnemu swej wędrówki.

W tym obrazie Różokrzyżowca wygrzewającego się w blasku Gnozy należałoby też chyba dostrzec ostrzeżenie, że zbyt częste przebywanie na Słońcu może być przyczyną udaru...

 

Gnoza a Różo-Krzyż, cz. 3: Rożo-krzyż, czyli południe.

O wschodzie słońca wyszedł z domu pewien człowiek. Wie, że dzień to czas ciężkiej pracy. Nie tęsknił za nim przesadnie, ale też nie unikał go. Wstał skoro świt. To Różokrzyżowiec. Swą pracę zaczął przed ołtarzem Wschodu. Stanął z rozpostartymi ramionami twarzą do Słońca i stał tak długo aż jego cień utworzył na Ziemi Krzyż. Wtedy to zaczął swój dzień pracy. I będzie pracował - aż do zmierzchu swojej śmierci.

Podstawą pracy Różokrzyżowca jest Wiedza – ta, jaką odnalazł w świecie, jaką Światło przyniosło ze sobą. On kocha Wiedzę. Jest w swej naturze filozofem, ale filozofem sensu stricte, bo wiedza dobrze użyta to mądrość, a on kocha wiedzę właśnie w ten sposób: starając się dobrze jej używać w praktyce. Różokrzyżowiec nie ma wobec Wiedzy oczekiwań innych, niż ta, że Wiedza powinna pomóc mu dobrze żyć, czyli rozwijać się. W pierwszym więc rzędzie, stara się przyjąć jej tyle, ile zdoła. Nie odrzuca żadnej informacji pochopnie, ale też nie przyjmuje wszystkiego na wiarę. Nie musi. Jest wolny w swych wyborach i oddany swej pracy, która polega na cierpliwym przyjmowaniu wiedzy. Pod jej blaskiem dojrzewa. Eksperymentuje zachowując dla siebie wszystko to, co uznaje za korzystne. Jeśli czasem coś pochopnie pominie, to przecież zawsze może do tego wrócić. Wierzy, że jeśli dziś nie zdąży czegoś poznać, to jutro będzie miał ponownie szansę. Nie ma potrzeby wyrywać czegokolwiek gwałtem – nie spieszy się, bo nieskończoność to wystarczająco dużo czasu aby osiągnąć Doskonałość.

Różokrzyżowiec jest nieco introwertyczny. Zapatrzony w siebie jest świadom własnych możliwości w dużo większym stopniu niż inni. Dzięki temu może mieć o sobie wysokie mniemanie. Jest nieco “poza” światem. Trochę niewidoczny, bo stojący w oślepiającym blasku Słońca, chętnie wpływa na losy świata. Chętnie też się dzieli swoją wiedzą, ale jednocześnie jest o nią zazdrosny. Trochę się obawia tego, co mogą z tą wiedzą zrobić “inni”. Nie rzuca więc “pereł przed wieprze” a depozytariuszy swej wiedzy dobiera ostrożnie.

Przemiana

Różokrzyżowiec wierzy w poznanie i przemianę – podobnie jak Gnostyk. Ale Różokrzyżowiec gotów jest przyjąć każdy rodzaj przemiany, nie stawiając żadnych ograniczeń, czy założeń co do jej rodzaju. Rozumie, że Słońce niesie Ziemi takie Światło, jakie jest jej potrzebne. Zgadza się więc poddać tej przemianie mając nadzieję, że będzie ona dla niego korzystna. A jak dobrze pójdzie, to będzie korzystna również dla innych.

Ideał Rożo-Krzyża

Kim jest idealny Różokrzyżowiec? Jak każdy ideał ciężko jest go wyrazić, ale możemy przyjąć, że Różo-Krzyż jest dla filozofa tym, czym Rycerskość dla żołnierza.

Rycerskość jako ideał żołnierza

Rycerskość postrzegana jako ideał żołnierza jest przez nas rozumiana intuicyjnie i choć można ją dość dobrze opisać, to ciężko jest to zrobić bez używania słowa “rycerskość” właśnie. Możemy więc powiedzieć, że jest to szlachetność, odwaga (ale i rozwaga!), męstwo i prawość. A co ma być takie? Owa rycerskość właśnie, czyli postawa doskonałego żołnierza. Tych samych atrybutów możemy użyć do opisu doskonałego filozofa...

Oczywiście nie każdy żołnierz zasługuje na miano rycerskiego, jak również nie trzeba być żołnierzem aby do tego miana słusznie aspirować.

Ideał filozofa

Tak więc dochodzimy do “miłośnika mądrości”, który jest szlachetny, rozważny, odważny, prawy i mężny. To oczywiście nie komplet atrybutów, ale w dzisiejszym świecie, w którym prof. Tatarkiewicza zabiera zwykłym ludziom prawo do uprawiania filozofii, bo “filozof to historyk filozofii”, Różo-Krzyż jest niejako powrotem do źródeł dla filozofii – każdy ma prawo poszukiwać “mądrości” i żyć nią.

Wiedza naukowa i duchowa

Różokrzyżowcy pozostają pełnymi szacunku dla wiedzy określanej często mianem “naukowej”. To dlatego zgłębiają najnowsze badania sami równie często je prowadząc. Starają się też jednocześnie kultywować wiedzę “duchową” przekazaną przez badaczy tej części rzeczywistości, i tak samo, jak w przypadku wiedzy naukowej, w miarę swoich możliwości ją poszerzać.

Szukając wzorca Różokrzyżowca mam przed oczyma postać Michała Sędziwoja – średniowiecznego  alchemika. Alchemik był w tamtych czasach naukowcem. Ówczesna wiedza nie miała rozróżnienia na “naukową” i “duchową” tak więc dzisiaj dążąc do osobistej transformacji na drodze duchowej alchemii i badając prawa fizycznej natury nie różnimy się zbytnio od Sędziwoja.

Pamiętajmy o wybitności tej postaci, o której sam cesarz Rudolf II powiedział “Niechby inny tyle wniósł, co Sędziwój Polonus”, gdyż w niej można się dopatrywać naszych ideałów.

Wycofanie ze świata

Różokrzyżowcy nie dążą do zasiadania na piedestale. Lubią pomagać, ale z ukrycia. Pomoc z ukrycia znaczy przecież więcej niż pomagać otwarcie. Jest bardziej “szlachetna”. Dokonują odkryć naukowych. Ale rozgłos na cały świat o swoich dokonaniach też nie jest dla nich. Podpisują swój dorobek tytułem “Nieznanego Filozofa”. Działają w stowarzyszeniach “Nieznanych filozofów”, “ukrytych” przed światem.

Zakładają również organizacje “światowe” - od naukowych po społeczne i kulturalne - ale bardzo rzadko można dotrzeć do informacji, że są ich twórcami. Im pozostaje satysfakcja dokonanego dzieła i możliwość kierowania losem innych. Z ukrycia.

Gnoza a Różo-Krzyż, cz. 4: Wolnomularstwo - praca o zachodzie.

Prof. Cegielski przypomina nam, że "Wolnomularz zaczyna swą pracę w południe a kończy o północy". Wolnomularz więc budzi się późno. Od początku widzi świat skąpany światłem Wiedzy. Jest ciepło i słonecznie. Wolnomularz zaczyna pracę akurat w momencie początku zbiorów, których obfitość nie zależy przecież od niego.

Świat dla Wolnomularza jawi się jako bardzo przyjazne miejsce. Nie doświadczył ciemności, więc nie ma w nim tęsknoty za światłem. Doskonałość świata postrzegana przez Wolnomularza wywołuje w nim podziw i wielki szacunek dla Stwórcy. Podziwia Boga Stwórcę – jako doskonałego Architekta, który tak urządził wszystko, że człowiek ma wszystko czego mu potrzeba. Wielka wdzięczność i cześć, jaką Mu oddaje, przemienia też i jego – tak, jak wcześniej Gnostyka czy Różokrzyżowca. Ale przemienia inaczej: Wolnomularz idealny to altruista, który pracuje dla innych.

Praca dla społeczeństwa

Po pierwsze społeczeństwo. Wolnomularze najpierw budują kościoły. Niech inni zachwycają się doskonałością Boga wyrażaną przez piękne budowle. Potem budują szpitale, szkoły, miejsca kultury. Człowiek już nie żyje tylko po to, aby służyć Bogu. Służy też innemu człowiekowi.

W pewnym momencie to Człowiek staje się w tym wszystkim najważniejszy.

Odejście od światła

To bogactwo, którego jest beneficjentem, i szczery ale coraz bardziej skrajny humanizm sprawia jednak, że przestaje zwracać z czasem uwagę na Tego, od kogo otrzymał te wszystkie dary. Dla Wolnomularza najlepszym czasem jest Zachód. To punkt wytchnienia. Oto kulminacja jego pracy: przejście od żniw dnia do nocy, momentu wytchnienia. Aktywność Wolnomularza była jednak krótka. Nie jest zmęczony ani oczekiwaniem na Światło, ani też jego południowym blaskiem. Zebrawszy owoce dnia jest przecież bogaty - może więc odetchnąć i poświęcić się innym sprawom: nauce, kulturze, zabawie... Blask światła, który zniknął wraz z zachodzącym Słońcem nie jest mu wcale potrzebny. Może teraz nawet wyrażać się lekceważąco o Wiedzy i Poznaniu – wierzy przecież w siebie. Patrząc na swoje zbiory widzi przecież, jak dużo posiada.

Materializm i nauka

Wolnomularz w swej wierze w człowieka zapomina o Bogu. Zresztą – słońce już zaszło. Nie ma żadnego Światła. Nie ma poznania. Nie ma Wiedzy...

Prof. Cegielski odpowiadając sam sobie na pytanie o związki z Różo-Krzyżem nie dostrzega, że wyższe stopnie wolnomularstwa biorą często swe nazwy od Róży i Krzyża. Powie “szukałem kamienia filozoficznego, ale go nie znalazłem”...

Wolnomularz prawdę o nierzeczywistości Gnozy stara się przekazać innym. Kolejne stopnie wolnomularskich wtajemniczeń mówią, że Oświecenie jest dalej. Nie tu. Wolnomularz idąc tą ścieżką na długo przed jej zakończeniem najpierw podejrzewa, a na koniec otrzymuje wiedzę, że Światła nie ma. Słońce przecież już zaszło. Co prawda było (a przynajmniej tak mówią stare księgi) ale jeśli nadal pragnie go odnaleźć musi szukać sam...

Wolnomularz szuka więc go pogrążając się w materializmie. Wierzy w to, co sam zbada. Sam odkryje. Nie jest mu potrzebne Objawienie i Światło.

 

Gnoza a Różo-Krzyż, cz. 5: Prawo trójkąta

Pomiędzy wschodem a zachodem Słońca niewątpliwie jest napięcie. Te dwa momenty dnia, o jakże podobnej naturze punktu przejścia z jednego stanu w drugi, skrajnie różne są od siebie.

Gdybyśmy postawili obok siebie obrazy Wschodu i Zachodu Słońca moglibyśmy mieć poważny problem z prawidłowym rozróżnieniem ich, a jednak w naszej świadomości ciągle postrzegalibyśmy je jako przeciwstawne i nie do pogodzenia. Z prawa trójkąta wiemy, że napięcie polaryzujące dwie skrajności powoduje powstanie trzeciego elementu, położonego pomiędzy nimi, ale jednocześnie będącego nową jakością. Pomiędzy Wschodem a Zachodem musi być Południe. W mojej imaginacji z wędrówką Słońca na Wschodzie, w pierwszym wierzchołku trójkąta, jest Gnostycyzm, Różo-Krzyż jest na Południu a Zachód to Wolnomularstwo. Dla mnie, jako Różokrzyżowca, perspektywa usytuowania się w górnym wierzchołku oczywiście jest w jakiejś mierze przyjemna i satysfakcjonująca, choć oczywiście mam świadomość względności tego obrazu i każdy mógłby zbudować go nieco inaczej strącając mnie z piedestału najwyższego punktu trójkąta...

Inna perspektywa

W moim modelu nie jest dostępna “druga strona” dnia – nie wiem, jaka jest perspektywa nocy. Model mój, już po tej uwadze, przestaje być “trójkątem” a staje się w pełni dwuwymiarowy – przejście do czwórki jest naturalną konsekwencją przejawienia się trójki więc to, że istnieją cztery strony świata, cztery pory dnia i cztery elementy nikogo dziwić nie może. Południe ma swoje przeciwieństwo w niedostępnej mi Północy.

To, że nie mogę dostrzec co jest przeciwieństwem Różo-Krzyża nie oznacza jednak niemożności spekulacji co do jego charakteru. Mogę się domyślać jakie „-izmy” po tamtej stronie stoją i zastanawiam się jak mógłby wyglądać obraz takiego trójkąta z punktu widzenia ate-isty, satan-isty, material-isty czy też może fundamental-isty religijnego.

Taka osoba odrzuca Wiedzę w postaci innej niż ta, jaką wcześniej uznał za “właściwą”. Wszak nigdy nie widział jej. Jedynie słyszał, wyczytał w księgach. Tu jest bez znaczenia czy “właściwe” oznacza dla niego prawdę objawioną, lub też przekazaną przez innych. Żyje w ciągłym lęku, że Prawda może być inna niż ta “jego” i walczy wszystkimi środkami aby ową odmienność zniszczyć...

Ołtarz Północy niezwykle często jest w naszych rytuałach pomijany. Wiemy jednak, że Północ istnieje. Pewnie nawet jest niezbędna w porządku świata. Ale tak, jak Wolnomularz nie widzi światła Wschodu, ja nie widzę w mojej wizji Północy.

Choć wiem, że Północ istnieje.